Opowiadanie o Oskarze: ciąg dalszy.
Ponieważ pierwsza część napisałem w listopadzie poprzedniego roku (lol, no, dość dawno xD), to wkleję tutaj również oryginał opowiadania, do którego pisałem ciąg dalszy. Ciąg dalszy - jak nie trudno się domyśleć - poprzedzony jest trzeba gwiazdkami. To dla osób, które pierwszej części nie czytały. Przeczytanie drugiej części bez czytania pierwszej, może po prostu w niektórych momentach doprowadzić do pewnych nieporozumień, bądź mogą paść zarzuty, że niektóre wątki nie są wyjaśnione - dlatego podkreślam, że to kontynuacja. =]




Czarne chmury zakryły niebo. Na ulicach nie było kompletnie nikogo. Miasto zamarło. Sporadycznie tylko, od czasu do czasu pojawił się ktoś na zewnątrz. Padał deszcz. Uderzał w szyby okien. Nigdy jeszcze nie było tak cicho. Nawet zwierzęta nie dawały znaków życia. Powoli zbliżał się wieczór, choć z powodu unoszącej się małej mgiełki, już teraz było ciemno. W powietrzu wisiało coś dziwnego, bliżej nieokreślonego. Napawało wszystkich mieszkańców strachem, ale ich nie przerażało. Zabierało im perspektywy na przyszłość, ale dawało nadzieję na możliwe lepsze jutro. Niepokoiło, lecz wyciszało. A przede wszystkim; nadeszło znienacka. Niespodziewanie i zaskakująco, spadło na ludzi, dokładnie jak ten deszcz. Atmosfera pewnego rodzaju melancholii utrzymywała się w powietrzu. Oczekiwano, choć nie wiadomo było na co oczekują.

Oskara nie interesowało kompletnie nic. Jego współlokatorka, jak i koleżanka, oglądała z niecierpliwością i lękiem kanał informacyjny w telewizji. On zaś siedział w swoim małym, aczkolwiek przytulnym pokoju i palił kolejnego papierosa. Patrzył przed siebie z przymrużonymi oczyma. Apatycznie wciągał dym do swych płuc, a potem go wypuszczał podnosząc brodę lekko do góry i przymykając oczy. Nostalgicznie gniótł pościel, na której siedział. Miał wiele przyjemnych wspomnień związanych z tym łóżkiem. Wszystko powracało, jak bumerang. Nawet ten niechciany. Kręciło mu się w głowie, świat wirował. Nie tak to miało wyglądać. O tej porze roku, tego miesiąca, a pewnie i nawet tego dnia miał być zupełnie gdzie indziej. I z kimś, o kim nie mógł zapomnieć. Nie po tym, co razem przeżyli. A przeszli dużo, zawsze trzymając się za ręce.

"Jest ci z nim lepiej?" pomyślał i kurczowo złapał się za czoło. Marszczył brwi, nie mógł pozbierać myśli. Zgasił papierosa i szybko wyjął kolejnego. Ten smak tytoniu... Uspokajał go. Jak każdego nałogowego palacza. I nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że Oskar nie palił za dużo. Teraz co dzień schodziły dwie paczki... Co najmniej. Pokój Oskara był ciasny, wszędzie unosiło się pełno dymu z nikotyny. Okna pozamykane, nie przeszkadzało to mu. Wręcz przeciwnie. Chciał zabić ten okropny zapach wanilii, których unosił się w mieszkaniu. "Tobie zawsze on towarzyszył... Ten cholerny... Cholerny smród!". Oskar zacisnął oczy, bo w jego oczodołach zbierały się już łzy. Uwielbiał wanilię, teraz ją znienawidził. "Kurwa!". Zgasił nowo zaczętego papierosa i cisnął popielniczkę na szafeczkę stojącą obok łóżka, a sam się na nim położył. Do łóżka też czuł wstręt. Tyle miłych wspomnień przecież się z nim wiązało. Były za miłe, w innych okolicznościach, w innym czasie, to łóżko kojarzyło by mu się z najlepszym okresem jego życia. Teraz sobie wyobrażał, że tak naprawdę leży gdzieś indziej, gdziekolwiek, byle by nie na "tym" łóżku.

Z głównego pokoju dobiegały głosy. Była to konferencja między przedstawicielami państw arabskich, a stanu, w którym mieszkał Oskar. Było to wydarzenie arcyważne i większość społeczeństwa śledziło jego rozwój z zapartym oddechem w piersiach. Wanda, bo tak nazywała się współlokatorka Oskara, krzątała się po pokoju, robiąc przy tym dużo hałasu. Wanda była patriotką, interes państwa zawsze był też jej interesem. Z państwem też wiązała swoją przyszłość i karierę. Konferencja miała zdecydować o przyszłości i państwa, i całego narodu. Oskara to dziś jednak nie ciekawiło. "Niech się dzieje co chce, może się nawet świat rozpaść na kawałki, dla mnie on już i tak się skończył". Nagle usłyszał pukanie do drzwi.

- Czego chcesz?

- Oskar. Znowu palisz. Dobrze wiesz, że nie znoszę papierosów.

- To się wyprowadź. - burknął niezadowolony do siebie.

- Co mówiłeś?

Oskar nie zwrócił na kolejne pytanie uwagi. Słowa Wandy były dla niego jak powietrze. Nieważne, nieistotne, takie jak słowa każdego innego. Każdego, poza tą jedną osobą.

- Mogę wejść?

- Daj mi spokój... - beznamiętnie rzucił Oskar.

- Nie możesz się tam zamykać na całe dni.

- A co ciebie to tak interesuje?

- Wejdę, dobrze? - Oskar nie miał tak naprawdę nic przeciwko temu żeby Wanda weszła. Było mu to wręcz obojętne. Drzwi się uchyliły i do pokoju weszła młoda kobieta, ubrana w kloszowate, mocno-niebieski jeansy, czerwony sweter i skarpetki w fioletowo-niebieskie paski. Włosy miała uczesane w sposób dość charakterystyczny, na głowie miała japoński kok, który utrzymywał się na niewielkiej zapince. Z przodu po obydwóch stronach twarzy, po bokach opadały krótkie pasemka włosów. Do tego nosiła okulary, co w rezultacie sprawiało iż wyglądała dość elegancko i poważnie. Oparła się w drzwiach i westchnęła.

- Spotkasz kogoś nowego. Na pewno lepszego. Oskarze, świat się nie kończy na jednej osobie.

- A co ty o tym możesz wiedzieć? - Oskar przewrócił się z jednego boku na drugi. - Całe życie ludzie od ciebie stronili, bo nikt cię nie mógł znieść. Do tej pory jesteś dziewicą! Ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego jak ja się czułem?

- Nie musisz być tak bezczelny, Oskarze. - Wanda spoważniała jeszcze bardziej i szybkim krokiem podeszła do okna, które zaraz po tym otworzyła. Następnie skierowała swój wzrok na Oskara, który beznamiętnie leżał na łóżku i patrzył w sufit. Założyła jedną rękę na drugą. - Uganiasz się za nim jak by był jedyną osobą na świecie. Daj temu wszystkiemu spokój. Ja od samego początku mówiłam, że tak będzie. To cud, że to wytrzymało aż rok.

Oskar milczał. Niektóre rzeczy czasem lepiej jest przemilczeć, szczególnie jeśli nie ma się kontrargumentów.

- No i co? Nie masz nic do powiedzenia? Nie chodzisz na uniwersytet, zamykasz się w domu, palisz parę paczek dziennie, Oskarze - to NIE jest normalne zachowanie.

- A co na tym świecie jest normalnego?

- Niewiele rzeczy.

- Myślisz, że odszedł przeze mnie? - nagle Oskar jakby oprzytomniał. Nawet spojrzał się na Wandę, która była szczerze zaskoczona tym pytaniem.

- Zgłupiałeś do reszty? - oburzona rzuciła i zrobiła minę taką, jakby Oskar zaprzeczył podstawowej teorii grawitacji - On był kretynem. Kompletnym idiotą. Cały rok to powtarzałam, nie omieszkam więc i teraz tego powiedzieć. Oskarze, to był dzieciak, a do tego głupi jak stołowa noga. A ty mnie zmuszałeś do dawania mu korepetycji, z których i tak niewiele wynosił. Interesowały go tylko jego wystylizowane włosy na tym jego pustym łbie i kolejne sposoby pieprzenia się całe noce. Nawet nie wiesz z iloma! Oskarze, na litość boską. Puszczał się jak błyskawica, a ty zawsze przyjmowałeś go z powrotem, gdy przybiegał tutaj z płaczem. Czasem miałam mu ochotę tak zdzielić żeby się nie pozbierał... Ale był nieletni. Jeszcze by mnie zaskarżył.

- Przecież ci powiedziałem, że ty tego nie zrozumiesz. Ten dzieciak wyciągnął mnie z największego dołka, kiedy już myślałem, że nic mi się nie uda. Nikogo poza nim przy mnie nie było ...- w tym momencie oburzona Wanda przerwała Oskarowi.

- Ja też jestem nikim? Jestem powietrzem? Kompletnie nieistotnym bytem szwędającym się po padole ziemskich bez większych celów i jakichkolwiek uczuć? - Oskar usiadł na łóżku, nogi oparł na podłodze. Oparł się łokciami o kolana i zaczął przecierać oczy.

- Przecież wiesz, co miałem na myśli.

- Na myśli miałeś to, że nikt poza nim tam dla ciebie nie był. Aż tak jestem nieistotna, że kompletnie się nie liczą moje chęci pomocy tobie?

- Nie, Wando, nie jesteś nieistotna. Za wiele jestem ci wdzięczny, ale zrozum. To co ja z nim przeżyłem nie da się opisać w żaden sposób. To było jak film, jak romans z happy endem, jak książka, jak... - wtedy z kolei przerwała mu Wanda.

- Jak tani Harlequin. Rzygać mi się chce.

- Może też się kiedyś zakochasz. - Oskar spojrzał się spode łba na Wandę, która patrzyła na niego z politowaniem. Ale jednocześnie było coś w jej wzroku takiego, co dawało do zrozumienia, że nie jest ona szczęśliwa.

- A może już dawno się zakochałam... - Nastała niezręczna chwila ciszy. Krople tłukły o szybę okien, a zasłona przy otwartym oknie unosiła się bez przerwy do góry, gdyż wiatr był bardzo silny.

- A zresztą. - zaczęła Wanda po krótkiej pauzie. Mówiąc odwróciła się i zaczęła zamykać okno - Jak się zdecydujesz, to przyjdź do pokoju. Rozumiem, że jest ci teraz ciężko, ale wypadało by wiedzieć, co się w państwie dzieje. - kończąc wypowiedź, wychodziła już z pokoju Oskara. Drzwi się zamknęły.

Oskar czuł się zmarnowany jeszcze bardziej po rozmowie ze swoją współlokatorką. Czuł, że coś w jej stosunku do niego było innego niż w jej stosunku do innych mężczyzn. Było to dla niego niepokojące, a czasem nawet krępujące. Nie był jednak pewien, o co chodziło. Nigdy nie doznał z jej strony żadnych sygnałów ani znaków, które stanowiły by jakieś przesłanki o tym, że Wanda interesuje się nim bardziej. Zawsze jednak, kiedy wypłakiwał się jej w ramię, albo z nią rozmawiał, nawet jeśli rozmowa nie była miła, tak jak ta dzisiejsza, czuł że w powietrzu unosi się ta ciężka atmosfera. Że są jakieś słowa, które są niewypowiedziane, że w rozmowie powinien znaleźć się jeszcze jakiś wątek, którego jego rozmówczyni nigdy nie porusza. Nie umiał zrozumieć tych dziwnych, przytłaczających okoliczności, które mu towarzyszyły. Po chwili namysłu zerwał się z łóżka, narzucił na siebie kurtkę i wyszedł do głównego pokoju, a tam skierował się do drzwi wyjściowych.

- Wychodzisz? - rzuciła Wanda sprzed telewizora - Pada.

- Muszę zabrać brudną bieliznę do pralni na dole.

- Pralnia jest w budynku. Po co ci kurtka?

- Może się przejdę. - Oskar zatrzaskując za sobą drzwi, odetchnął z ulgą. Nie chciał już z Wandą rozmawiać. Po drodze ze swojego pokoju do korytarza, wziął kosz ze swoimi brudnymi skarpetami i częściami garderoby intymnej.

Na klatce schodowej też było cicho. Wydawało się, że znajduje się w opuszczonym mieście. Deszcz padał, wiatr wył, a on szedł po schodach małej klatki, murowanej, ciemnej, bo nie było tam okien, a niektóre żarówki nie działały. Wciąż schodził, stopień po stopniu. Odnosił wrażenie, że schody ciągną się w nieskończoność. Że wszystko dzieje się tak powoli, tak flegmatycznie. Brakowało w tym wszystkim życia i jakiejkolwiek energii. Na parterze zauważył poruszającą się sylwetkę człowieka za rogiem korytarza, a dalej jej cień na ścianie. Zastanawiało go kto to może być i gdy tylko wyszedł z pionu schodowego, zrozumiał że kompletnie go to nie powinno było ciekawić. Był to jakiś stary, ubrany w łachmany mężczyzna. Zarośnięty, niezadbany. Z góry Oskar założył, że to pewnie jakiś bezdomny. Nawet się nie mylił. Przechodząc obok niego, mężczyzna go zaczepił.

- A witam pana. Mieszka tu pan? - Oskar zignorował mężczyznę, lecz ten zaczął za nim podążać. - A ma pan może fajeczkę jedną dla brodacza starszego?

- Nie mam.

- No, to może chociaż mały datek dla biednego? - Oskar nagle skręcił w kolejny mały korytarz gdzie schody prowadziły do pomieszczenia podziemnego. Bezdomny za nim nie podążał dalej.

Bęben pralki obracał się w prawo, a w środku bielizna przewracała się wesoło. Nie było dziś w pralni nikogo. Ochroniarz czytał jakiegoś brukowca i tylko od czasu do czasu zerkał na Oskara. Ten apatycznie siedział przed pralką i czekał aż skończy ona swe działania. Prała, wirowała, podskakiwała. Kiedy patrzył jak pralka rusza się to w lewo, to w prawo, przypomniało mu się jak pewnego razu przyszedł tu ze swoim byłym. Oczywiście w celu wyprania różnych rzeczy. Ale jak to często bywało w ich przypadku, zazwyczaj wyjścia nie kończyły się na osiągnięciu celu spotkania, a na czymś zupełnie innym. Tak samo ta pralka się ruszała, kiedy Cyprian kurczowo się jej trzymał, a Oskar działał od tyłu. Sytuacja była o tyle zabawna, że ten seks był zwyczajnym spontanem. Zachciało się jemu, zachciało się Cyprianowi, a do końca prania jeszcze trochę czasu zostało. Za rogiem była siedziba ochroniarza, a w środku skład z magazynu. Para się tam wkradła i udała w kąt, gdzie stała jedna, osamotniona maszyna, Cyprian zdecydował się o nią oprzeć całym ciężarem swego ciała, a Oskar z kolei oparł się o Cypriana. Śmieszniej jeszcze zrobiło się gdy ze swoim praniem przyszła Wanda. Wytłumaczyła ona ochroniarzowi, że zostawiła tutaj wczoraj opaskę, ten z kolei zabrał ją do magazynu, gdzie ewentualnie mogły zostać składowane rzeczy znalezione. I wtem, ich oczom, ukazał się Cyprian i w ekstazie działający Oskar. Ochroniarz zaniemówił z wrażenia, a Wanda upuściła koszyk ze swoją bielizną i złapała się za usta. Przynajmniej Oskar nie miał nigdy problemów z wytłumaczeniem Wandzie, że tak naprawdę woli chłopców. Co więcej, Wanda stała się osobą mu dość bliską, zawsze doradzała i pomagała, wiele dla niego robiła. Choć prawdą jednak jest, że Cypriana nie cierpiała.

Myśli uderzały znów, wspomnienia zalewały umysł Oskara. W pralni nie można było palić. Jeszcze parę minut nim pranie dobiegnie do końca. Czuł, że nie wytrzyma. Zerwał się z fotela i ruszył ku klatce schodowej. Ochroniarz wychylił swój nos zza gazety i burknął do przebiegając obok Oskara:

- A pan dokąd?

- Zaraz wrócę. - rzucił Oskar wybiegając. Usłyszał tylko ciche "hmph" ze strony ochroniarza za sobą.

W korytarzu pobiegł do drzwi wyjściowych. Swoją drogą, bezdomnego mężczyzny już nie było. Na zewnątrz Oskar gwałtownie wyciągnął z kieszeni papierosy i zapalniczkę. koniuszkami warg złapał papierosa i próbował go zapalić, ale zapalniczka nie chciała podzielić się z nim ogniem. "Kurwa!" . Oskar otarł pot z czoła. Za dużo myśli się tam kotłowało. Nie chciał ich, ale nie mógł nic na to poradzić. Wyjął telefon komórkowy i wpatrywał się w niego jak w największy relikt świata. Bił się z myślami. Niczym Hamlet rzucił sobie pytanie, z którym nie mógł sobie poradzić - zadzwonić, czy nie zadzwonić? W końcu nieprzekonany ustawił swój numer na prywatny, dzięki czemu mógł zadzwonić anonimowo i wykręcił numer swego byłego. Nerwowo oczekiwał. W słuchawce wciąż było słychać sygnał. Nikt nie odebrał. Oskar oparł się o całą mokrą ścianę budynku. On sam też był już mokry. Stał tam pod tym blokiem, w deszczu, w ciemności i we mgle. Jedną nogę opierał też o ścianę i lekko uderzał tyłem głowy o nią. "Kurwa, kurwa, no!". Ponownie wybrał numer. Po chwili odezwał się głos:

- Słucham?

Głos, ten sam który tyle razy mówił do niego "kocham cię", ten który zawsze uspokajał niego nerwy, ten który łagodził sytuację, gdy wymykała się spod kontroli, ten jedyny, na który zawsze czekał. Nie mógł wydobyć z siebie żadnego słowa. Czuł, że ściskało go w żołądku. Stał tam ze słuchawką przy uchu, w ciszy, która była zakłócana uderzeniami kropel o kałuże.

- Halo? - głos był nieco zatroskany. W końcu nie codziennie zdarza się telefon od kogoś, kto dzwoni, a potem się nie odzywa. Oskar zdecydował się po chwili odezwać.

- Cześć. - powiedział cicho do słuchawki.

- Oskar? - z tonu głosu można było wywnioskować, że nie jest on zachwycony. Ale też nie zirytowany.

- Co u ciebie?

Cisza. Westchnięcie ze słuchawki. Powolny, przeciągający się wdech, Cyprian miał już coś powiedzieć, ale Oskar nie wytrzymał:

- Tęskniłem.

Znów cisza. Tym razem całkowita po drugiej stronie połączenia. Oskar w końcu zrozumiał, że sytuacja jest bardzo niekomfortowa. Zrozumiał, że nie powinien był dzwonić.

 - Muszę kończyć. - powiedział bezmyślnie. Czekał na pożegnanie, ale po drugiej stronie wciąż nie było nic słychać. W końcu się rozłączył, przykucnął żeby otrzeć oczy i poskładać się do kupy. Nie powinien był. Przynajmniej nie tu. Nie na ulicy. Nie wiedział, co ma ze sobą zrobić, rozpłakać się, czy zacząć tłuc głową o betonową ścianę. A deszcz wciąż padał.

Zamek się otworzył, a drzwi stanęły otworem. Do głównego pokoju mieszkania wszedł zmoknięty Oskar. Rzucił kosz z upranymi rzeczami na podłogę i zamknął za sobą powoli drzwi. Zdjął kurtkę i powiesił na ścianie. W mieszkaniu panowała teraz już całkowita cisza. Telewizor musiał być już wyłączony. Oskar rozejrzał się po pokoju. Wanda siedziała z kubkiem gorącej herbaty na kanapie przed czarnym ekranem i patrzyła bezmyślnie przed siebie. Podszedł do niej i usiadł po drugiej stronie kanapy. Też patrzył przed siebie. Siedzieli w spokoju tak parę minut. Oskar od czasu do czasu spoglądał się dyskretnie na Wandę, która od pewnego momentu zaczęła wtapiać wzrok w kubek z herbatą i dokładnie obserwować ciecz. Zdecydował się przerwać ciszę.

- I jak to się skończyło?

Wanda nie oderwała wzroku od herbaty:

- Źle.

- Czyli? - Oskar patrzył pod siebie, żadne z nich nie wymieniło spojrzeń.

- Posłowie arabscy zostali odprawieni z niczym. Będzie wojna.

Znów zapadła cisza.

- Nie będzie. - po chwili powiedział Oskar. Wanda nie odpowiedziała. - Jesteśmy dziś w centrum wszechświata. Nie dopuszczą do wojny.

- Chcesz herbaty? - Wanda urwała ten wątek rozmowy.

- Tak. - Wanda wstała dopijając swoją. Po czym spojrzała się na Oskara:

- Czemu ludzie nie umieją się nigdy porozumieć? Czemu ludzie kłamią tak często?

- Taka nasza natura, widocznie.

Wanda się skrzywiła i spojrzała na okno, po którego szybach spływały małe rzeczki kropelek.

- To wszystko jest takie beznadziejne.

Oskar wciąż patrzył pod siebie. "Ma racje, przecież to wszystko jest takie beznadziejne". Deszcz dalej padał. To już tydzień. Wydawało się, że już nigdy nie przestanie. Ale przecież zawsze po burzy musi wyjść słońce. I znów będzie ciepło. Tak, jak wtedy, wtedy nim zaczął się kryzys...

 

* * *

 

- Cóż to za zwierzę siedzi na Maderze, w nosie dłubie i ma nas wszystkich w... No, w nosie? - rzekł nastrojowo stary doktor Lwowicz przecierając białą chusteczką swoje okulary. W sali wykładowej panowała cisza, rytmicznie przerywana przez bombardowanie fundowane szybom przez czarne niebo. - Tak właśnie mówiono w całej Warszawie gdy w 1930 roku marszałek Piłsudski wyjechał na Maderę, a ze względu na to, że cały Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem był sterowany odgórnie przez niego, całość uległa stagnacji. Pamiętajmy, że jest to okres wielkiego kryzysu w Europie. W listopadzie owego roku odbyły się wybory, które oczywiście Centrolew przegrał, choć BBwR nie otrzymał rezultatu odpowiedniego do zmiany konstytucji. Jak wspomniałem na samym początku wykładu - marszałek Piłsudski zrezygnuje ze sprawowania funkcji premiera w grudniu 1930 na rzecz Walerego Sławka i... - w tym momencie doktor Lwowicz przerwał, gdyż do auli otworzyły się drzwi. Doktor Lwowicz poprawił okulary na nosie. - A kogóż to me oczy widzą, to pan jeszcze studiuje?

- Dzień dobry panie doktorze. - olewczo odrzekł Oskar idąc szybkim krokiem na sam koniec sali aby zająć jakieś dobre miejsce.

- Wracająć do tematu; Walery Sławek nie robił specjalnie nic w celu poradzenia sobie z kryzysem w państwie, wręcz przeciwnie -...

Oskar usiadł w jednej z tylnej ławek, rozpakował się i zaczął mazać po swoim zeszycie. Nie mógł się przemóc do notowania. Czasem kątem oka zerkał na Lwowicza stojącego na piedestale, opierającego się o podium i wygłaszającego swój wykład. Doktor Lwowicz był charakterystycznym wykładowcą. Był to człowiek o kamiennym spojrzeniu, bardzo surowych rysach twarzy i silnym głosie. Ubrany zawsze w marynarkę, pod krawatem, czerwonym najczęściej. Stojący na baczność. Krążyły o nim różne historie. Kiedy Oskar sobie przypominał te najpopularniejsze kącik jego ust wykrzywiał się w złośliwym uśmiechu. Niektóre były wyjątkowo głupie. Chociażby ta o dziewczynie, którą rzekomo ów doktor zgnębił tak, że podczas sesji egzaminacyjnej wyskoczyła przez okno i roztrzaskała się o chodnik. Każdy wiedział, że z Lwowicza jest żyleta. Ostra, bardzo dokładnie goli studentów z informacji, a do tego ekstremalnie łatwo się nią zaciąć. Coś na wzór anty-reklamy Willkinsona albo innego Gilleta. "Nawet Mel Gibson by sobie z taką żyletką nie poradził!", pomyślał Oskar kiwając lekko głową wpatrzony w narysowany czołg na kartce papieru. Z jakiś powodów Oskar lubił militaria.

- Proszę państwa, istotną rzeczą z roku 1933 jest reforma Jędrzejewicza, niech państwo spojrzą na nasz aktualny system szkolnictwa, który został wprowadzony za czasu ostatniej kadencji SLD. Opiera się on na -...

W głowie Oskara odbijało się echo powtarzające aż do znudzenia "reforma Jędrzejewicza". Odbijało się jak kamień obijający się o ściany klifu, spadający w próżnie - choć jak wiemy w próżni kamień zginie, a w głowie Oskara...

- Również zginie. - wybił Oskara z myśli podniesiony ton doktora - Gdyż zaledwie 10% młodzieży mogło uczęszczać do szkół. na wsiach niewielki procent ludzi mogło się edukować, szkoły podstawowe miały w większości tylko cztery klasy. Była to niewątpliwie wielka wada tego systemu...

"Komórek mózgowych. Pomyślał Oskar. System komórek mózgowy ma właśnie taką wadę, że zaledwie 10% informacji do nas dotrze, podczas gdy reszta zginie. Właśnie w tej próżni...", dokuczliwe głosy dogadywały doktorowi w głowie Oskara.

-Atak w szkolnictwo wyższe polegał na uzależnieniu pozycji rektora od ministra do spraw tego resortu. Czemuż w szkolnictwo? Proszę państwa, proszę pamiętać, że wśród młodzieży akademickiej poparcie miała przecież Endecja. Mało tego, zlikwidowano 53 katedry- ...

"Szkoda, że nie kościelne. To też by przecież był atak w narodowców. Oni tacy związani z tym kościołem ciągle..."

Gonitwę myśli Oskara przerwała kartka, którą mu ktoś z niższego rzędu przekazał. Na przedzie nabazgrane było " Do Oskara". Oj tak, Oskar znał ten charakter pisma. Należał do Arnolda. Najbrzydszego chłopaka na roku. Spojrzał się po sali, bojąc się otworzyć ów liścik, miał nadzieję, że to jednak nie przyszło od Arnolda. Nagle jego spojrzenie zetknęło się z tymi lekko zezowatymi, podkrążonymi oczami, które wesoło się do niego uśmiechały. Tak, dokładnie tymi brązowymi oczętami, które nerwowo przewracały się po przekrwionym białku. Chłopak uśmiechnął się i odwrócił głowę.

Oskarowi robiło się słabo za każdym razem kiedy na tego chłopaka patrzył. Chociaż jednocześnie czuł się paskudnie. Chłopak ten był bardzo mądry, inteligentny , a do tego bardzo sympatyczny... Niestety dość ... Brzydki. Chudy, chodził w jakiś spranym t-shirt'cie i w jakiś czarnych spodniach. Nie miał specjalnie ładnej twarzy, choć może nie wyglądałaby tak źle gdyby nie przetłuszczone, długi i niezadbane włosy. Westchnął, otworzył liścik.

"Cześć. Martwiliśmy się o Ciebie. Czemu Cię tak długo nie było? Może piwo wieczorem po zajęciach?"

Oskar wziął długopis w rękę, pstryknął nim tak aby wkład ujrzał światło dzienne po czym przygryzł wargi.

"Spierdalaj."

Zdecydowanie to chciał mu napisać. Ale nie mógł. Nie mógł mu tego zrobić. On po prostu zawsze był taki sympatyczny i miły. Poza tym pomógł Oskarowi parę razy z ekonomią, z którą Oskar nie za bardzo sobie radził.

"Sorry, źle się czuję, po zajęciach idę od razu do domu. U mnie nie jest źle. Fajnie, że pamiętaliście, trzym się.".

Odłożył długopis, kartka poszła po sali do Arnolda.

-To czego dokonał pan Car to była falandyzacja prawa. Ewidentnie konstytucja kwietniowa była przyjęta niezgodnie z prawem. Nawet sam marszałek Piłsudski stwierdził, że przyjęta ona była "sposobem". - zadudnił w uszach Oskara głos Lwowicza.

"Sposobem, eh?" - Oskar patrzył jak fala rąk podaje świstek papieru dalej i dalej - "Gdybym tylko mógł go mieć... Znów... Nawet sposobem... "

Oczy Oskara biegały chaotycznie po sali z jednego miejsca na drugie. Jakieś dwie laski czytały Fashion Magazine, gdzieś indziej jakiś koleś przyklejał gumę pod ławkę, a dalej... Arnlod z podnieceniem wyrywał wręcz z rąk koleżanki liścik tylko po to aby przeczytać, że znów się nie zobaczy z Oskarem. Oskar widział jak głowa Arnolda odwraca się w stronę okna, po czym z pewnym znudzeniem i apatią opada w dół, a zgnieciony fragment kartki ląduje w koszu obok ławki.

Siedząc na samej górze Oskar czuł się jak baczny obserwator wszystkiego, co dzieje się na sali. Jak jakaś wyższa siła, oko boże, które czuwa nad opacznością i praworządnością tego, co wokół niego się dzieje. Jak sędzia, którego zadaniem jest wydawanie werdyktów na winnych, jak nadzorca niewolników, którzy harują nad swoimi zeszytami. Choć głęboko w sobie z jego myśli wytrącało go przeświadczenie o tym, że on też sam jest niewolnikiem.

Nagle poczuł wibracje w kieszeni spodni. Cztery drgnięcia. To oznaczało smsa. Wyrobionym ruchem ręki wyciągnął telefon i zasłonił się tak, jakby siedział na pierwszej ławce w szkole średniej. Wiedział, że na studiach, to że ktoś się bawi telefonem na wykładzie nikomu nie przeszkadza - przynajmniej większości osób. Ale ten odruch pozostał mu ze szkoły średniej.

"Hej Oskar. Za chwilę kończysz zajęcia, prawda? Mógłbyś wejść do sklepu przed naszym blokiem? Skończyło się masło, chleb i jajka, właściwie nie ma nic w lodówce, na zakupach nie byłam, bo źle się czułam, chyba się przeziębiłam." - Wanda.

Życie studenta jest takie parszywe - pomyślał ,gdy wszyscy zaczęli się pakować i puszczać salę, co oznaczało koniec wykładu. Oskar nawet nie wiedział, że tak szybko upłynęło to półtorej godziny.

Na dworze było już ciemno, wykład kończył się o dwudziestej. Wszyscy rozchodzili się niewielką, ładnie oświetloną aleją, która wzdłuż otoczona po oby stronach była ścianą zieleni. Co parę metrów wyrastał dumny dąb, albo kasztanowiec. Ich długie, brązowo-czarne, stare jak świat, powykrzywiane kończyny, które przypominały ramiona z kościstymi palcami, upiornie skierowane były ku owej alejce. Jakby wskazywały, że tędy właśnie chodzą skazańcy, niewolnicy, przy czym uśmiechały się drwiąco gdy odbijało się po podwórzu echo głosów studentów - "już niedługo sesja". Tym upiorniejsze owe drzewa były gdyż już dawno straciły wszystkie liście. Wejścia do budynku uczelni było z jakiś bliżej nieokreślonych powodów usytuowane z tyłu uczelni, przez co o tej godzinie poza tymi kilkoma studentami wieczorowymi nie było tam nikogo. Wiatr dudnił, krople spadały z drzew. Już nie padało, ale wciąż siąpiło. W powietrzu utrzymywała się wilgoć, jakaś zagubiona chmura oberwała się i przykryła całą swoją objętością pokryte w potokach deszczu miasto.

Oskar nie miał ze sobą parasola. A nawet gdyby miał to by go nie otworzył, jedynie nałożył na głowę kaptur. Brnął przez jasną aleję zostawiając daleko za sobą kolegów i koleżanki z roku. Ręce trzymał w kieszeni, w końcu było chłodno. W jego marszu towarzyszyło mu kapanie kropel z powyginanych gałęzi drzew za każdym razem gdy mocniej zawiał wiatr, jak i okrutna cisza, rytmicznie przerywana przez stawiane przez Oskara kroki. Cały chodnik nierównej akademickiej alei pokryty był w kałużach. Oskar czuł, że nogawki spodni całkowicie przesiąkły wodą.

Na ulicy ruch był jak zwykle duży, nawet o tej godzinie i mimo takiej pogody. To oczywiście toczyło się ruchu samochodów na jezdni, gdyż pieszych było ilościowo mało. Gdzie niegdzie pojawiła się tylko jakaś szara persona, której kształty ciała skryte były pod paltem, płaszczem, bądź innym odzieniem. Niewyraźne, czarne, zamglona sylwetki snuły się jak upiory po ulicach. Łącznie z Oskarem.

Tramwaj nie przyjechał. Jak zwykle. Kolejna również. Znów się rozpadało. Przystanek stał się żywszy niż jakiekolwiek inne miejsce w obrębie tej ulicy. Oskar stał sam, wpatrzony w ścianę mgły. Dookoła wszędzie dochodziły głosy, chichoty rozbawionych dziewczyn, poważne rozmowy o polityce jakiś starszych panów, czy też głośne wygłaszanie prawd życiowych przez dwóch młodzieńców "z tej samej ławki pod blokiem". Po pewnym czasie w końcu przyjechał tramwaj, był prawie pusty. Oskar usiadł z przodu. Nawet nie chciał się opierać o siedzenie, czuł, że jest cały mokry, a z jego kaptura można by wycisnąć strumień wody.

Tramwaj jechał, obrazy za oknem się zmieniały, wszystkie równie niewyraźne. Jakieś skrzyżowanie, jakieś samochody, ambulans, wypadek, dużo hałasu, syrena, czerwono-niebieskie światła migoczące z szaloną szybkością i odbijające się we wszystkich kroplach deszczu.

"Znowu ktoś zginął". Nie żeby było to czymś nowym, bądź zaskakującym. Taka pogoda jak ta, to pewny wypadek. Nawet kilka. Zawsze ktoś musi zginąć. Jeśli nie ze swojej winy, to winy kogoś innego.

Wychodząc z tramwaju Oskar spojrzał na zegarek, było po dwudziestej pierwszej. Delikatesy na szczęście otwarte były w dni tygodnia do dwudziestej drugiej. Po przebiciu się przez mgłę Oskarowi najpierw wyłoniły się nieostre, zamazane sylwetki. To byli tzw. "fachowi degustatorzy" trunków delikatesowych. Sprawdzali każdego dnia, czy nowe nakłady są dobrej jakości i obywatele mogą się nimi delektować w spokoju, po czym każdemu kto do delikatesów wchodził dawali dobre rady, poczciwych starszych panów. Choć z reguły nikt ich nie słuchał. Na Oskara nie zwrócili uwagi. Chyba degustacja trwała już od wielu, wielu godzin, gdyż z trudem sami zwracali na siebie jakąkolwiek uwagę. Choć butelka to była świętość.

-Dobry wieczór, co podać? - za ladą uśmiechnęła się do niego pani z bardzo dużymi ustami. Kobieta ta miała gdzieś około 40 lat, nosiła silny makijaż mający zatuszować ślady jej ciężkiego życia, miała rude skręcone włosy i nieprawdopodobnie pozytywnie nastawiony charakter. Często się uśmiechała. Oskar nie wiedział nawet jak ona się nazywa, wszyscy mówili na nią "pani z dużymi ustami", ale lubił u niej kupować, zresztą, nie było osoby, która by coś do "pani z dużymi" ustami miała.

-Dobry, proszę jedno opakowanie jajek, masło i chleb, krojony. - odpowiedział Oskar po szybkim namyśle.

-Się robi panie studencie, o, proszę, coś jeszcze?

-Nie, dziękuje, to wszystko. - odpowiedział, lekko się uśmiechając. Nie lubił się uśmiechać, przynajmniej ostatnio nie, ale pani z dużymi ustami działała bardzo pozytywnie na ludzi.

-A jak uczelnia, wszystko dobrze idzie? - rzuciła melodyjnie.

-Aaa, tak, tak nawet nieźle. Trochę zaległości mam, bo byłem ee... - Oskar miał chwilę zawieszenia, z jakiś powodów miał ochotę o tym porozmawiać, ale przecież nie z obcą osobą. Nie powie jej przecież, że był w depresji po tym jako po wielomiesięcznym związku rzucił go chłopak. - Byłem chory.

-No, chłopie, ostatnio pogoda nie dopisuje, to fakt, ale trza się hartować! Moja babka zawsze mówiła, że mężczyzna to taki facet, który wszystko zniesie.

-No, tak... Właściwie to teoretycznie tak.

-A praktycznie to już nie? - uśmiechnęła się do niego podając zapakowane zakupy.

-Wie pani, to różnie bywa.

-Bywa, nie bywa, w życiu jakim, chłopie, trzeba być?

-Taaa... - westchnął Oskar biorąc zakupy. - Dobranoc.

-Kuruj się chłopie byś studiów nie zawalił! - krzyknęła za nim, wciąż uśmiechając się, Oskar odwzajemnił uśmiech i pomachał wychodząc ze sklepu.

W drodze do domu Oskarowi towarzyszyły znów ciężkie myśli. Miał ochotę wyjąć fajkę i zapalić. Ale nie miał przy sobie papierosów, jedyne dwa jakie miał w kieszeni kompletnie zamokły. Poza tym korciło go aby wyciągnąć telefon komórkowy i zadzwonić do Cypriana. Ciekawe co teraz robił, z kim, a może po prostu siedział sam? Bijąc się z myślami, otwierał drzwi mieszkania. W środku było ciemno, zapalił światło. Na kanapie z niezadowoleniem poruszyła się sylwetka, przewracając się z boku na bok i mrucząc w swej agonii.

-Hej Wanda.

-Heeee-eeejjj... - jęknął stos nieszczęścia leżący na kanapie.

-Aż tak źle się czujesz?

-Głowa mi pęka, mam gorączkę. Nie pójdę jutro na uczelnie i znów będę musiała przepisywać wykład od tej idiotki, Agaty.

-Przeżyjesz. - mruknął Oskar zdejmując przesiąkniętą deszczem kurtkę i zdejmując buty.

-Nie przeżyje. To jak ona mnie wkurwia to się we łbie nie mieści, uhhh... Mój łeb... - Wanda przewróciła się na plecy.

-To nie bierz od niej wykładów. Niech ktoś inny najpierw weźmie od niej, a potem ty weźmiesz od tego kogoś. - dumał nad problemem Oskar, niosąc siatkę z zakupami do stołu kuchennego.

-Wymyślasz strasznie... Ty wiesz co ona znów wymyśliła?

-Hm?

-Odrabiamy zajęcia, które nam uciekły w poprzednim tygodniu w porze dziennej. A ona zaczęła się na wykładowcę pluć, że ona to nie ma na to czasu od rana, że ona się nie zgadza, że ona za to płaci... Idiotka, no!

-W sumie ma trochę racji. - Oskar brał się do przygotowywanie wszystkiego do kolacji podczas gdy Wanda leżała z zamkniętymi oczyma na kanapie.

-Ale mogła to przekazać w trochę inny sposób... Zrobisz mi herbatę?

-Jasne.

-Ty wiesz co?

-Co?

-Ania jest w ciąży.

-Doprawdy? Z tym jej chłopakiem?

-No właśnie nie wiadomo.

Oskar podniósł głowę spod blatu kuchennego i spojrzał się tępo w okno, zaraz po tym odwrócił się rzucając spojrzenie Wandzie, którego ona i tak nie widziała.

-Jak to nie wiadomo?

-No normalnie, ona była w klubie te kilka miesięcy temu i mówi, że tak się tam spiła, że nic nie pamięta. I boi się, że wtedy, no wiesz...

Oskar chwilę milczał.

-Sama jest sobie winna.

Woda się zagotowała, Oskar zalał wrzątkiem herbatę, dodał cukru i podszedł do Wandy. Usiadł przy niej podając jej gorący napój.

-Dzięki ogromne.

-Nie ma sprawy.

-A powiedz - Wanda chwilę trzymała herbatę z zamkniętymi oczyma, po czym otworzyła je patrząc w pływające fusy - jak ty się czujesz?

-Głupio, długo mnie na uczelni nie było, mam dużo do odrobienia na dyżurach.

Wanda westchnęła.

-Dobrze chociaż, że poszedłeś po rozum do głowy i wróciłeś.

Oskar poczuł wibracje w kieszeni. Wyjął komórkę, znów sms.

"Co u ciebie? Myślę o tobie." - Cyprian.

Oskara zamurowało, patrzył się w ten tekst jakby był zesłany od boga, jakby były to jakieś prastare runy, które miałyby gwarantować wybawienie, jak jakiś znak mający wprowadzić zmianę.

-Kto napisał? - jęknęła w agonii Wanda, pijąc herbatę.

Oskar milczał.

-Muszę zadzwonić.

-Ale kto, ale co? - Wanda popatrzyła się pijanym wzrokiem jak drzwi zatrzaskują się za Oskarem do jego pokoju. Poczuła nieprzyjemny chłód przechodzący przez całe jej ciało.

-I co? - spytała Wanda, gdy Oskar wrócił do głównego pokoju.

-Nic, nic. to będziesz jadła kolację?

-Chyba nie... Źle się czuję.

-Jak chcesz. - odpowiedział Oskar tym swoim obojętnym głosem, który zawsze uaktywniał mu się, gdy był zmęczony, albo podbity. Rzucił telefon na fotel. Wanda ukosem oka spojrzała na niego.

"Abonent tymczasowo niedostępny."
2008-07-10
skomentuj (2)
Księga Gości
Wpisz się
Obejrzyj


Archiwum
2008
lipiec
luty
styczeń
2007
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
kwiecień
luty
styczeń


Linki
Znajomi.
Czarnydom W czarnym domu, czarny świat. Czarne okna i czarny stołu blat... Lala...~
Desty Masz ochotę na starcie z latającymi ziemniakami i makaronem biegającym z nożem? Zapraszam do Des!
Wiktor (inferre). Nie dość, że tworzy dużo, to do tego wspaniałą literaturę. Gorąco polecam.
copyright Cedric 2008